0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Tego jeszcze nie było. Reklamy świąteczne przestają być reklamami, a stają się gwiazdkową sztuką, na miarę Opowieści Wigilijnej. Dickens by się zdziwił, ale to bardzo miłe i godne pochwały, że w tak szczególnym okresie marki nie wymyślają sprzedażowego bełkotu, ale postanawiają opowiadać całkiem fajne historie.

Niemniej jednak, czasem się dziwię… Hitem Internetów stała się reklama z misiami.
Strzał w dziesiątkę. Pomysł kapitalny, ale…? Dla mnie na tle innych nieco jednak blednie.



No bo tak: to już nie reklamy, a etiudy. Produkowane świadomie, bez przebierania w środkach i z naciskiem na to, że konsument wybierze sercem, a nie logiką przedświątecznej gorączki zakupów.

I cóż, ja też uległam jednej z reklam. Uległam tak bardzo, że się popłakałam na finale, jak na dramacie, oglądanym w kinowym zaciszu. Zagrał mi na emocjach zarówno przekaz, pomysł, jak i historia.

Chylę czoła, że obok uśmiechu, szacunku, udało się komuś wywołać szczerą łzę. Świąteczną, a jakże, bo ja mam przed oczyma nie koniec tej opowieści, ale początek, którego się nam nie pokazuje.

Widzę samotnego dziadka, który jest mieszka z psem. Siedzi tak cały rok, a syn mieszka daleko, bardzo daleko. Zaprasza go na święta, ale… ale to trochę mało.

Bo nic na świecie nie przeraża mnie, jak samotność.

P.S. Pani na końcu nie jest żoną. Moim zdaniem…